^ powrót

Aktualności

Wyjazd integracyjny!

Wyjazd integracyjny... Nie kojarzyć z filmem! ...bo w przeciwieństwie do filmu, u nas to się działo!

Pomysł spotkania gdzieś w górach w okresie jesiennym to już nasza tradycja, a dopasowanie terminu trzydziestu kilku osobom, to wyczyn, jak wjazd rowerkiem na Prababkę w czasie 30 sekund – niby możliwe, ale na ten czas i w naszym gronie – jeszcze nie. Dlatego też niepełna grupa pojawia się na fotkach.

Spotkanie w pensjonacie w Szczytnej ustalono na 21 X – środek tzw. Złotej Polskiej Jesieni. Mimo poprzedzających tą datę mocno deszczowych dni weekend wypadł pogodowo wyśmienicie! Dopisała również frekwencja , bo ponad dwudziestu osobom udało się znaleźć na początek rzeczony pensjonat… Niby adres był, a kłopoty ustaleniem, gdzie stoi – wystąpiły. Wieczorną porą była zapowiedziana obiadokolacja, po niej debata, wszystko z planem się odbyło (amunicji nie zabrakło).

Rano w rześkim powietrzu (ok. zera), odparowały resztki pozostałości "amunicji", nastąpiło sprawowanie rowerów, odliczanie, fotka i Szerszonki ruszyły na wstępnie zarysowany cel wyjazdu. Podjazd Bobrowniki zaraz po wyjeździe z parkingu. Dla tych którzy pamiętają Klasyk Kłodzki z 2007-2008, ta nazwa przywołuje wspomnienia o skurczach, braku picia, mordędze – bo podjazd niczego sobie… a my ruszamy na świeżo i jakoś poszło. Pierwszy cel – Torfowisko pod Zieleńcem i – o dziwo – udało nam się trafić (tu się pochwalę, że mówiłem jak jechać).

Potem lasami i polami do Zieleńca, przystanek na kawę, której nie było…, zjazd do Dusznik, znowu na kawę… której nie było (demokratyczne do bólu głosowanie odrzuciło wniosek o wejście do lokalu celem napicia się gorącej kawy). Demokracja w postaci Mariusza Movistar, dodam. Udało się natomiast wypić pól zapasów wody zdrojowej Chopin w Pijalni Zdrój. Obecni przy tym kuracjusze patrzyli z niedowierzaniem, że tak można.

Ale warto było, bo zakończenie trasy było niczego sobie, i chłodnice, co niektórym grzały się do czerwoności. Trafiliśmy przez przypadek na podjazd … ok. 15-20 % przez kilkaset metrów. Koniec trasy to podjazd pod Szczytnik i zwiedzanie zamku.

W umówionym czasie dotarliśmy na miejsce, więc też co niektórzy uniknęli zwyczajowego tłumaczenia się ze spóźnienia swoim połowicom. Czekał już gorący obiad, a po nim debata…

Niedzielny wyjazd trochę w okrojonym składzie (nie powiem, że niektórzy skusili się możliwością dotarcia samochodem do Karłowa) skierował się na północ od Szczytnej – czyli do Karłowa i na Szczeliniec. Tam na deptaku przed kasą spotkaliśmy tych leniuszków – właśnie dotarli i baaardzo się zdziwili, że my już tu jesteśmy. Nie wypalił pomysł Mirka wchodzenia na Szczeliniec, za to do głosu doszedł Boguś, ale o tym za chwilę… Dodam tu, że wg Mirka ten przejazd miał być spacerkiem 3 godz. i jesteśmy z powrotem, tak mówił Żonie, co to do domu się spieszyła. A więc Boguś rzucił hasło: Pasterka! Na mapie – blisko, trochę w dół, a że po szlaku pieszym, po kamieniach, jakoś poszło, a dalej było tylko inaczej… Po co wracać tą samą drogą pod górę? Zjedźmy do Czech, a tam droga przez przełącz Ostra Góra. Dojazd do niej to niestety dreptanie w butach po pięknych, mokrych, oślizłych zielonych od glonów piaskowcach, nachylenie stoku tak ok. 45`, rower na ramieniu, fajnie! Wreszcie ekipa znalazła się w całości w dolnym punkcie trasy. Military Area wszędzie dookoła, ale jest jedna droga w górę i ją wybieramy – takie tam 4 km. Ale za to jakie kolory liści – Złota Polska Jesień – może ktoś to dostrzegł? Wiem, że nie wszyscy. Od Karłowa ponownie przejazd do Szczytnej, ale teraz już w dół, pędem, z łezką w oku (od zimna). Zeniu się gdzieś zapodział, a wracać bez Ojca Dyrektora nie wypada, ale czekać też nam się nie chciało, więc otworzyliśmy bank pomysłów, jak wytłumaczyć nieobecność (najdelikatniej – pojechał po kwiaty dla Żony). Koniec końców na 30 m. przed parkingiem się znalazł. Wjechaliśmy razem. Wyjazd udany.

red. Tomek

 

PS. Oczywiście jest też galeria :)