^ powrót

Aktualności

Pewnego razu w grudniu

Chcielibyśmy napisać, że jeździmy co tydzień, w każdą niedzielę. No ale to jednak nieprawda. Tym niemniej trudno nas zniechęcić. W szczególności nie zniechęciła nas pewna ponurość zeszłorocznej Barbórki. Mimo temperatury oscylującej gdzieś koło zera i nieba pochmurnego, na zbiórce stawiło się wielu Szerszeni, oraz osoby zaprzyjaźnione, łącznie 14 osób. Taką też bandą ruszyliśmy w teren!
 
 
Dość długo trzymaliśmy się razem, a nawet – o zgrozo! – czekaliśmy na tych, co gorzej radzili sobie na grudach zamarzniętej ziemi. W tak wielkiej zgodzie i przyjaźni dotelepaliśmy się przez Świątniki do Jaszyc.
 
 
No ale ileż można jechać w dół! Czas był więc na zwrot ku Cerekwicy, gdzie przez dość wyboiste miejscami polne dukty dotarliśmy... wciąż w jednej grupie.
Jazda pod wodzą Tomka zwykle oznacza minimum asfaltu, maksimum błota ;) Ale jednak czasem konieczne są odcinki transferowe po nawierzchni cywilizowanej. Po takie właśnie dotarliśmy do Sędzic. Lecz potem cywilizacja się skończyła.
 
 
Złośliwie można by pomyśleć, że tak – szosy z Sędzic do Czachowa nie można nazwać nawierzchnią cywilizowaną, jednak my po prostu czmychnęliśmy w pola. Na tym odcinku mieliśmy chyba najniższą średnią przelotową. Dlaczego? Widać to na załączonym obrazku. No ale czego się nie robi, aby miło spędzić niedzielę!
Takimi uroczymi drogami dotarliśmy do Radłowa. I tu szanujący się czytelnik powinien poczuć perwersyjnie przyjemne pieczenie w łydkach ;) Bowiem, choć nie na szosach i nie w sportowym tempie, to jednak wdrapaliśmy się owego dnia także na Prababkę. Asfaltem, nie na przełaj. Choć, skoro te słowa już padły i to publicznie, można się spodziewać, że Tomek poszuka dla nas drogi przełajowej na to kultowe wzniesienie :)
 
 
Na szczycie oczywiście fotka! A wkrótce potem grupa zaczęła się rozpadać. W sumie to cud, że aż 15 km przejechaliśmy razem ;) Tu jednak dwóch zawodników skręciło na Wrocław, a reszta zjechała do Tarnowca, gdzie podzieliła się po połowie. Jedni, przez Suchą Małą wrócili do domu, a inni, przez Zawonię, popedałowali na Niedary. W Zawoni było wciąganie bananów, po którym tempo jakoś tak wzrosło, że nie udało się już zrobić żadnego zdjęcia, a szkoda, bo dalszy odcinek był nie mniej satysfakcjonujący!
 
 
Z Niedar popędziliśmy lasami z powrotem do Jaszyc i – już spokojnie – znów po asfalcie, dokręciliśmy do Trzebnicy. Tak było miesiąc temu. A dziś? Zupełnie inna trasa i aura... ale o tym w następnym odcinku :)